Kolejny blog oparty na WordPressie

It’s like 10000 spoons when all you need is knife

Martyna | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Martyna

Wiecie co Wam powiem o szoku kulturowym. Istnieje! Od ponad miesiąca nie potrafię wyjść z fazy, w której mnie dużo rzeczy denerwuje. A najbardziej brak mi Przyjaciela. I aż płakać mi się chcę, jak na mieście trzydziesty piąty raz ktoś się mnie pyta, czy nie chcę być jego przyjacielem. Ja wiem, że oni tak bo są uprzejmi i gościnni i lepiej w ta stronę niż jakby mieli na każdym kroku mi pokazywać, że mnie tu nie tolerują. Ale ja potrzebuję Przyjaciela a nie przyjaciela. Różnica ogromna!

tropic-exotic

Martyna | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Martyna

I tak nam tu właśnie płynie życie. Szybko i niezauważalnie zbliżamy się do końca roku. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, niby rozkład jazdy taki sam, ale chyba jeszcze nie dane nam było przeżyć dwóch podobnych dni.

I ciężko tak usiąść do pisania i wrzucić coś na bloga jak dla nas już prawie wszystko jest trochę normalne i naturalne. Czasami się zdarzają jakieś perełki sytuacyjne, ale ciężko je zapamiętać, żeby potem opisać na bloga. A poza tym coś nam się też należy. Nie mogę się dzielić wszystkim, bo to ja tu walczę na froncie i trochę wspomnień chcę mieć na wyłączność. Może potem zarobię miliony sprzedając książkę? (:

Continue Reading

Hey, teacher leave the kids alone!

Martyna | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Martyna

Biją naszych chłopaków. I to nie inni chłopcy. Nauczyciele w szkole. I po tych śladach co widziałam, to mogę powiedzieć, że są okładani kijami.

A dzieje się to w szkole katolickiej. I choć według prawa ghanijskiego nauczycielowi grożą za to konsekwencje nikt się tym nie przejmuje. Tym nawet się wymawiają, że są szkołą katolicką, pod auspicjami biskupa, więc prawo ghanijskie tu nie sięga.

Najgorsza jest jednak reakcja Ghanijczyków na ten fakt. Dzisiaj na spotkaniu pracowników Boys Homu został poruszony ten temat. Gdy Fr. Pablo powiedział, że trzeba pogadać z dyrektorem, to oni zaczęli mu tłumaczyć, że najpierw trzeba pogadać z nauczycielem, bo może on miał powód, żeby go uderzyć. Powód, żeby okładać kijem 9-latka! Jak Pablo powiedział, że jak to się nie skończy to złoży raport do UN (on sam jest żołnierzem UN i jest w ciągłym kontakcie z placówką w Akrze) to się zaczęli śmiać. Tylko to był trochę taki bezsilny śmiech. Z jednej strony chyba czują, że tak nie powinno być, a z drugiej strony podnoszenie tego do rangi takiego problemu nie mieści im się w głowach. Nauczyciel w Ghanie to najlepsza fucha z tego co na razie widzę. Oprócz czesnego uczniowie muszą płacić „class fee” czyli inaczej mówiąc łapówkę nauczycielowi, za to, żeby ich wpuścił do klasy! I na to nie dostajemy żadnego rachunku, to jest poza obiegiem oficjalnym. No i nauczyciel oczywiście nietykalny, ma dzieciaki co mu auto umyją, trawę skoszą, zapłacą za dobre oceny! Generalnie kanał!

Continue Reading

Have a Breake

Martyna | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Martyna

Dużo napisałam ostatnio, ale nie miałam czasu żeby pójść na net. Urządzanie domku, rozpoczęcie roku szkolnego, wyjazd do Ashaiman. Tak się stało, że dwa tygodnie bez dostępu do świata byłam. Ale jutro pójdę i wrzucę co mam wrzucić, nawet jak to aktualne było 3 tygodnie temu.

Na weekend zrobiłyśmy sobie drobną chwilę przerwy i na dwa dni opuściłyśmy naszych chłopaków i pojechałyśmy do Ashaiman, a pretekst miałyśmy dobry, bo trzeba się było spotkać z drugim wolontariuszem z SWM w Ghanie, z Andrzejem, żeby załatwić sprawy projektowe. W piątek po powiedzeniu chłopakom dobranoc, wyruszyłyśmy w Sunyani na dworzec. Z drobnymi problemami udało nam się kupić bilety i wsiadłyśmy do super klimatyzowanego autobusu produkcji chińskiej (i przez super rozumiem to, że ktoś podkręcił temperaturę do tej odpowiadającej niedźwiedziom polarnym, ja w swetrze, szaliku i pod prześcieradłem marzłam, więc co robili ghanijczycy nie wiem). Jako, że kierowca nie wiedział co to strach przed prędkością już po 6 godzinach, o 4 rano, od wyruszenia wysiedliśmy na przystanku Akra – Achimota, by tam złapać tro-tro (takie busiki) do Ashaiman. Miałyśmy to szczęście, że akurat tro-tro był pełny, a one ruszają jak są pełne a nie o określonych godzinach więc tylko jak wsiedliśmy to ruszył. Po 40 minutach dotarliśmy do centrum Ashaiman, tam tylko złapać taksówkę do Don Bosco i o 5 rano zameldowałyśmy się pod bramą szkoły. Obudziłyśmy Andrzeja powędrowałyśmy do jego pokoju gdzie poczęstował nas burżuj tradycyjną szklanką Coli i poszłyśmy odsypiać podróż. Rano Andrzej miał jakieś szkolenia więc my miałyśmy szansę się porządnie wyspać, zjeść śniadanko i o 12:00 zostałyśmy zaprowadzone do domu wspólnoty na obiad, gdzie spotkałyśmy ks. Krzysia. Po południu tak się trochę bujaliśmy, to wypad naprzeciwko w celach skosztowania jak to też w Ghanie piwo smakuje i czy aby tak samo jak w u nas w Sunyani, potem trochę ogarnialiśmy projekt i papiery, potem znowu wypad naprzeciwko, potem kolacja w domu wspólnoty. A wieczorem postanowiliśmy ubogacić naszą obecnością pokój Szo i z ks. Krzysiem mieliśmy polski wieczór na którym to robiliśmy to co Polacy najlepiej robią wieczorami, czyli prowadziliśmy duże i poważne dyskusje. Wieczór kończy się w Ashaiman o 22:00 kiedy to spuszczane są psy i trzeba nam było udać się na spoczynek do naszych pokojów.

Continue Reading

Time won’t wait

Martyna | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Martyna

Kot, o którym mowa w ostatnim poście zmarł. Pewnego ranka leżał martwy koło study roomu. Nie wiemy co się stało, albo go ktoś uderzył, albo zjadł trutkę na myszy, albo ta mysz co ją złapał kilka dni wcześniej była chora. Szkoda go, teraz mamy tylko małego Tygrysa. Który tak na marginesie jest moim kotem, bo Paula orzekła, że nie lubi kotów, że woli psy, więc Honest i Yugobi są pod jej opieką. Mały Tygrys jest kochany. Kto mnie zna pewnie się dziwi, bo ja sama się dziwię sobie że mogłam się przyzwyczaić do jakiegoś zwierzęcia w domu i nawet je polubić.

Cieszy mnie bardzo, że mamy już stały plan dnia i jakiś rytm, a nie takie szaleństwo jakie było ostatnio. Rano, pomiędzy 6 – 6:30 budzi nas Timothy, który codziennie musi mieć zmieniany opatrunek, bo ma dużą ranę na plechach. Jego skóra jest tam zrogowaciała i nieelastyczna i jak rośnie to się po prostu rozrywa. Więc rano trzeba mu to jodyną, wazeliną i zakleić. Jeszcze ten przyjdzie bo tu ranka, tu plasterek, tu zadrapanie. Więc na zmianę raz Paula, raz ja idziemy do „kliniki” i bawimy się w pielęgniarki. To niesamowite, bo zawsze mnie takie rzeczy trochę brzydziły, ale teraz mam to poczucie, że to moje chłopaki i nikt im tego nie zrobi i jakoś daję radę. Jestem z siebie dumna. Na 7:00 chłopaki idą do szkoły i nikogo nie ma w ośrodku. My z Paulą robimy sobie śniadanko, które jemy przed naszym domem w miejscu, które zwiemy zaułkiem. Jest tu pięknie, mamy widok na farmę z papajami i na przedmieścia Sunyani. Rano mamy tu cień i te śniadania są takie magiczne! Uwielbiam ten moment dnia! Ja, kakao, kawa i kromka z dżemem! Potem w zasadzie do 14:30 mamy czas dla siebie. Więc albo pranie (ręczne), zakupy, Internet, sprzątanie lub siedzimy w biurze z Pablem i Evelyn coś tam sobie robiąc, organizując akta, lub inne biurowe nudne prace wykonując. O 14:30 chłopaki wracają do domu. Więc jest obiad (my jemy wcześniej same), a o 15:00 study time. Spędzamy go z tymi mniejszymi, bo potrzebują więcej uwagi, zachęty, przypilnowania. O 16:00 15 minut przerwy i dryga sesja nauki. Kończy się o 17:15 i chłopcy idą pograć w piłkę, w bilarda, pobyć ot tak. O 18:15 chłopaki mają kąpiel, a my zmykamy do naszego domku aby coś przekąsić, umyć się ewentualnie i na 19:30 schodzimy do wykąpanych i pojedzonych chłopaków z powrotem, aby do 20:00 pobyć z nimi ot tak. O 20:00 good night, czyli modlitwa i słówko a potem od 20:30 do 21:30 znowu study time. W wykonaniu maluchów taki luźniejszy, a nawet jak są bardzo śpiący  to wysyłamy ich do łóżek, koło 21:30 nawiedzamy jeszcze większych chłopaków i przed 22:00 zmykamy do siebie się okapać, pobyć trochę dla siebie, ewentualnie zobaczyć jakiś film, i szybko do łóżek, bo rano koło 6:00 pobudka. W weekendy jest trochę luźniej, rankiem chłopaki sprzątają, piorą, a popołudniu jest oratorium i wtedy bawimy się w animatorów. Przychodzi tak pomiędzy 100 – 400 dzieciaków (nie wiem nigdy nie liczyłam, a jak się to rozpełznie po ośrodku to trudno to ogarnąć wzrokiem i oszacować ich liczbę.

Tak u nas magicznie jest!

Daily Adventures

Martyna | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Martyna

W ostatnią niedzielę austryjaczki zorganizowały pożegnalny wyjazd na jezioro Bosometwi, jakieś 3,5 godziny drogi od nas.

Dwoma tro-trotami przetransportowaliśmy całą ekipę do Lake Point Guest House. Dużo słyszałam o tym jeziorze, że piękne, że zapiera dech, było nawet nominowane w głosowaniu na siedem cudów natury. Jednak jak tam dotarliśmy, to rzeczywiście ładnie, ale żeby to był cud natury to nie powiem. Jezioro jak jezioro. Ok.! ale my z Polski, mamy Mazury, mamy górskie stawy, może mamy wysoko poprzeczkę postawioną.

Na szczęście pogoda nam dopisywała (bo np. teraz to pada już tak z trzecią godzinę), więc zaraz jak tylko zjedliśmy wcześniej przygotowany ryż z kurczakiem (bo cóżby innego) wszyscy na hura wskoczyli do wody. 30 chłopaków i 5 białych kobiet. Lisa i Maria, Ja i Paula i Sr. Elis. Starsi grali w piłkę, a my z młodszymi pluskaliśmy się i „uczyliśmy” ich pływać. Ghanijczycy nie mają okazji by nauczyć się pływać, jak jest rzeka to płytka, bardzo mało jezior, dlatego tylko nieliczni potrafią pływać, choć to szumnie nazwane, raczej utrzymują się na wodzie stylem rozpaczliwym. Więc jak tak pluskaliśmy się, wygłupialiśmy to przypomniały mi się słowa pana biologa z Warszawy, który mówił „pod żadnym pozorem nie wchodzić do wód słodkich, bo tam są… (i tu zaczęła się godzinna prezentacja z slajdami pokazująca co czai się na nas w takich wodach i w ogóle, że jak już wejdziemy to koniec z nami)”, więc tak wygłupiając się z małymi stwierdziłam, że pan biolog nie byłby zadowolony.

A wczoraj był ostatni dzień obecności austryjaczek w BH. Dzisiaj rano się obudziłyśmy a ich… nie ma! Jeszcze wczoraj na pożegnanie jedna odstawiła numer, bo dzisiaj pierwszy dzień szkoły i chłopcy rano musieli wstawać, a ta posłała ich do łóżek przed 23:00, bo przecież musi się z nimi pożegnać odpowiednio, a w pokoju, w którym mieszkają najstarsi siedziała długo w nocy, bo jak myśmy kończyły dzień o 1:30 to jeszcze słyszałyśmy jak tam gadają. No ale teraz już tylko polsko-argentyńskie porządki w BH będą. Nauka, praca a dopiero później zabawa i światła wyłączane o 22:00.

Dwoje maluchów idzie w tym roku do klasy pierwszej. Jednym z nich jest Peter. Taki dzisiaj rano dumny chodził, nawet postarał się nie zbrudzić spodni do momentu wyjścia do szkoły (a z nim to duży sukces), i jak tylko mnie zobaczył „Martyna, Martyna zobacz mam trzy długopisy” i zaczął je wyciągać i się chwalić, taki był przygotowany do szkoły. Szkoda, że te długopisy miał w kieszeniach, więc jak przylazł z powrotem to całe kieszenie już były niebieskie. Ale takiego zadowolonego Petera jeszcze nie widziałam. I dostał parę dni temu buty z świecącymi podeszwami, więc teraz chodzi i tupta sobie. Ale zostało mu obiecane, że jak tylko dowiemy się, że na lekcji zamiast uczyć się tupta, w butach zostaną wyłączone światełka. Taki Boyshomowy tuptuś z niego.

A fr. Pablo uczy chłopaków słówek po japońsku i wmawia im, że to hiszpański. Tak chciałam tylko na niego naskarżyć.

Continue Reading

Once You Are In…

Martyna | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Martyna

Wszystkie chłopaki w końcu w domu. Zjeżdżali się od kilku dni, ale wczoraj przyjechało ich najwięcej. W wtorek wszyscy wyruszają do szkoły. W tym roku każdy będzie do niej chodzić. Z tego co wiem, w zeszłym było kilka maluchów, które cały czas były w BH, ale teraz już są wystarczająco duzi, aby ich wysłać. Aby się uczuć i socjalizować.

Już od wtorku będzie stały rytm dnia, podążanie za programem. Już będziemy na placówce tylko my.

Chłopaków jest około 30. Dokładnie nikt chyba nie wie, bo kilka jest tylko „przejazdem”. Skończyli już szkołę więc powinni opuścić BH, ale póki szukają pracy się tutaj zaczepili. W tym roku nie będzie nikogo nowego, bo nie ma funduszy, aby ich utrzymać. Niestety.

Jeszcze przez tydzień mamy pokój praktycznie przy pokojach chłopaków, potem przenosimy się do domku dla wolontariuszy. Siedzę sobie właśnie na moim łóżku i piszę to dla Was, jest godzina 8:00 rano a chłopcy już od godziny mają generalne sprzątanie całego ośrodka, więc słyszę jak za oknem poszły w ruch miotły i woda.

Jutro jedziemy na wycieczkę. Taka forma powiedzenia chłopakom „dowiedzenia” przez Lisę i Marię, które tu były od grudnia a w wtorek wylatują.

A potem już tylko to po co tu przyjechałyśmy… nareszcie!

Don Bosco w buszu

Paula | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Paula

Najwyższy czas, aby opisać jak się żyje na placówce misyjnej. Już same otoczenie domu salezjańskiego w Odumase jest niesamowite – tuż za murem znajduje się bowiem dżungla. I tak oto w centrum buszu żyją sobie ludzie pracujący w duchu ks. Bosko.
Zwykły, powszedni dzień zaczyna się o godzinie 6.30 modlitwami porannymi i Mszą Świętą. Później wspólne śniadanie i każdy, czy to brat zakonny czy ksiądz czy asystent, ruszają do swoich codziennych obowiązków. A jest co robić! W samym Odumase Salezjanie prowadzą szkołę zawodową Vocational Technical Institute, nowicjat oraz parafię, do której należą wioski oddalone nawet o godzinę jazdy samochodem. Ponad to w Sunyani pod ich opieką znajduję się oczywiście Don Bosco Boys Home, nasz dom i miejsce pracy.
W każdą sobotę wieczorem dom zapełnia się wolontariuszami (a w tym roku jest nas siedmioro). To niesamowite jak przy jednym stole zasiadają ludzie z Polski, Austrii, Niemiec, Ghany, Nigerii, Włoch, a nawet Argentyny. W każdym narożniku stołu słychać inny język, ale już po chwili wszyscy mówią tylko po angielsku. I nagle wśród tego całego zamieszania widzę jak wolontariusz z Niemiec, Thomas pomaga nawiązać dialog między ks. Waldkiem (który nie mówi po angielsku, ale za to świetnie radzi sobie z niemieckim) i fr. Pablo z Argentyny. Nie ma rzeczy nie możliwych! Wystarczy tylko chcieć.
W niedzielę Msze Św. odprawiane są również na wioskach. I tutaj znowu kolejny przykład łamania barier językowych. Msza odprawiana jest w połowie w języku angielskim, w połowie w twi. Natomiast kazanie miejscowy katecheta tłumaczy na język lokalny, a często jest to jeszcze jakiś inny język używany na północy Ghany.
Tak właśnie w centrum Ghany żyją we wspólnocie salezjańskiej ludzie z różnych kultur, a łączy ich jedno, Don Bosco i miłość do młodych ludzi. I to co piękne i ważne, podoba nam się takie życie. Jesteśmy tutaj nieco ponad miesiąc, a już odczuwamy strach przed momentem, gdy trzeba będzie pożegnać się z tymi ludźmi, z tym klimatem, z tym zapachem Afryki. Ale na szczęście mamy jeszcze czas, żeby nacieszyć się Ghaną. I na pytanie „E te sey?” (jak się masz) szczerze odpowiadam „E ye paaaaaaa” (bardzo dobrze, im dłuższe paaaa tym lepiej:) ).

P.S. Na koniec chciała bym wspomnieć o tym jak w Ghanie obchodzone są urodziny, a dokładnie o zwyczaju polewania wodą. Otóż Ghanijczycy wierzą, że jeśli w dniu urodzin solenizant będzie cały dzień mokry, to spełnią się jego marzenia i będzie oczyszczony. No to teraz muszę tylko czekać na spełnienie moich pragnień:) A najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że urodziny świętuje się przez cały tydzień!

All The Little Children

Martyna | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Martyna

I od razu nam się zmieniła perspektywa. W końcu udało nam się przenieść do BoysHomu. Co prawda jeszcze nie do naszego stałego domu, ale już jesteśmy z chłopakami. Na razie jest cicho i spokojnie, bo większość wyjechała do rodzin na wakacje, zostali tylko Ci, którzy nie mają nikogo. Wśród nich dwa małe skrzaty – Peter i Kwasi. Reszta chłopaków jest starsza, ale Ci mają tak około 8 lat.

Kwasi ma przepiękne oczy, a co najgorsze jest tego świadomy, i na nie jest w stanie załatwić sobie wszystko. Bardzo szybko chwyta słówka w języku polskim. Już na powitanie robi „szułfika”. Peter cały czas gada, a robi to tak niewyraźnie, że nigdy nie wiem, czy to angielski czy twi. Jak chce pokazać, że kogoś lubi, to mówi „upoluję dla Ciebie kozę, zabijemy ją, wrzucimy do ognia, a potem oboje będziemy jeść mięso”.

Tainso

Paula | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Paula

Zaraz po wyjeździe Polaków i Włochów na placówkę salezjańską w Odumase zawitała kolejna grupa wolontariuszy. Tym razem z Malty! Przyjechali oni tutaj, aby wraz z animatorami z Ashaiman przeprowadzić animację dla dzieci na wiosce.
I tak w poniedziałek po południu, pełne jeszcze wrażeń po Holiday Camp wyruszamy do Tainso, wioski oddalonej o godzinę jazdy samochodem po czerwonej, afrykańskiej drodze od Odumase. Jedzie z nami Teckla, której to rodzina mieszka tam, a jej ojciec jest miejscowym katechetą. Droga nie jest w najlepszym stanie, ale w końcu udaje nam się dotrzeć na miejsce. Witają nas, jeszcze troszkę onieśmielone widokiem białego, dzieciaki. Od razu zauważam, że nie krzyczą do nas „Obruni!!!”, do czego zdążyłyśmy się już przyzwyczaić.
Tainso jest typową, afrykańską wioską. Kilkanaście domków pokrytych strzechą ustawionych w specyficzne kręgi, szkoła i kaplica, to wszystko co zastajemy. Wszędzie gdzie się udajemy biegną za nami dzieci, które już po chwili nabierają pewności i chętnie chwytają nas za ręce. Po wizycie w domu Teckli, gdzie częstują nas miejscowym napojem bogów, zwanym „pito” udajemy się do „chifa” (taki nasz sołtys). Zgodnie z tradycją witamy się z nim i opowiadamy z jakim zamiarem przybyliśmy. Po czym żegnamy się i obiecujemy, że wrócimy jutro, aby na wzór ks. Bosco zorganizować tutaj całodzienne Oratorium. Chif i katecheta zapewniają nas, że zbiorą wszystkie dzieciaki, a będzie to łatwe ponieważ jutro w Tainso jest dzień targowy.

We wtorek rano, zaraz po Mszy Św. i śniadaniu, pakujemy prowiant na cały dzień i wyruszamy w stronę Tainso. Planowo mieliśmy tam być o 9.30, jednak jeżdżenie po mieście w poszukaniu toffie (tak tutaj nazywane są cukierki) zajmuje nam więcej czasu niż przewidzieliśmy. Na wioskę docieramy dopiero tuż przed 11.00, gdzie czekają już na nas dzieciaki. Od razu zaczynamy zabawy outdoor: śpiewy, tańce, starsi chłopcy grają w piłkę. Dużą atrakcją są dmuchane balony, które przywieźliśmy ze sobą. Obiad planowo mieliśmy zjeść w domu Teckli, jednak po raz kolejny dzisiaj przekonujemy się, że w Afryce zawsze trzeba mieć plan B. okazuje się, że obiad przygotowywany od rana przez całą rodzinę o godz. 13.00 jeszcze nie jest gotowy. Dlatego jemy tylko chleb i ciastka i wracamy do dzieciaków. Teraz czas na zabawy indoor. Gromadzimy wszystkich w kaplicy i znowu śpiewy, konkursy, magiczne sztuczki. Na koniec uczymy się regionalnego tańca i rozdajemy dzieciakom cukierki, po czym zmęczeni, ale zadowoleni wracamy do domu, gdzie czeka na nas kolacja.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że uda nam się jeszcze kiedyś przyjechać do Tainso, aby znowu dać tym dzieciom radość.